Rumienisz się na samą myśl o tym. Podczas firmowej imprezy integracyjnej skończyłeś przykuty kajdankami do kaloryfera, po tym jak pijany chciałeś bić szefa. Albo wystąpiłeś w Warsaw Shore. A może posiadasz uroczy debet na koncie po tym jak postanowiłeś postawić szampana wszystkim dziewczynom w Cocomo?
Mniejsza z tym. Każdy miał kiedyś w życiu moment, kiedy wygrzebanie się z kołdry i pokazanie ludziom publicznie wydawało się niemożliwą misją. Ilu z nich będzie pamiętać? Czy rodzice już wypisali mnie z testamentu? Czy własny pies jeszcze będzie chciał kiedyś spojrzeć mi w oczy? Czy to już jest ten moment, żeby spakować do walizki wszystkie ciepłe majtki i lecieć na Arktykę nawiązać ciepłe stosunki z niedźwiadkami polarnymi???
Nie jest. Prawda jest taka, że wszelkie kompromitujące momenty z twojego życia ( nawet nagrane i śmigające sobie swobodnie po internecie) nie przesądzają o twojej przyszłości. Ktoś mądry powiedział kiedyś, że da się wyjść z każdej porażki. Nawet jak się wywrócisz to wstaniesz. A jak nie wstaniesz to sobie poleżysz. To też jest jakieś rozwiązanie.
Zwykle wiadomość o twojej kompromitacji żyje około tygodnia, potem zdycha śmiercią naturalną. Ten tydzień to dobry czas na to żeby przemyśleć co się zrobiło źle, odpocząć, zająć się czymś innym. A potem wrócić ze zdwojoną siłą. Prawda jest taka, że z piedestału zostają strąceni tylko charyzmatyczni ludzie, bo tylko im udało się tam wcześniej dostać. O błędach przeciętniaków nikt nie pamięta.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz